powrót z uk do polski

Więźniowie funta

Dziwny będzie to wpis, dosyć szczery, o moich uczuciach. O uczuciach związanych z życiem na wyspie i zakupach w Primarku. I o strachu, w roli głównej.

powrót z uk do polski

Boję się pisać takie posty. Wiem, że narażam się na krytykę, której chyba jak każdy człowiek, trochę się obawiam. Boję się, że urażę czyjeś uczucia – może tego boję się właśnie najbardziej. Że kogoś wystraszę, a nie chcę. Uważam, że w życiu trzeba próbować. Iść do przodu – nie bać się. I nie bać się zerwać z czymś, co nas wyniszcza. 
Piszę ten post, bo może warto coś w życiu czasem przełamać. Np. strach.

Nasz kolega funt

Funt jest nominałem, którym możemy płacić w Wielkiej Brytanii. Za jednego funta możemy kupić płyn do szyb, mleko, chusteczki nawilżające i całą rzeszę produktów, które znajdują się w Poundlandzie (odpowiedniku polskiego wszystko za 5 zł, tylko że z większym rozmachem). Za 2 funty kupimy kawę na wynos, za kolejne 2 bułkę z jajkiem sadzonym. Za 5 funtów dostaniemy bluzę w Primarku, a za 10 używane krzesło w stanie „całkiem-całkiem” nabyte w Charity Shopie – czyli brytyjskim lumpeksie. Płaca minimalna, jeżeli ukończyłeś 21 lat, na ten moment (rok 2018) wynosi 7.38 na godzinę.

Ja pierdylę. Eldorado. Człowiek pomyśli.

Zamiana papierowych banknotów z wizerunkiem królowej Elżbieta II na ekipę Kazimierza III Wielkiego czy Bolesława Chrobrego, wobec powyższego – do najprostszych nie należy, bo co ja za tę zetę.
Za tę polską zetę.

więźniowie funta

Więźniowie funta

To Ci, którzy chcą wrócić do Polski ale się boją. Boją się, jak sobie poradzą, czy znajdą pracę, czy dadzą radę się utrzymać za coś innego niż funt. Za złotówki. I ten Kaczyński. I ten nie-Kaczyński. A bo w Wielkiej Brytanii nie słucham wiadomości, bo ich nie rozumiem, a tu rozumiem, choć nie chcę. A bo w Wielkiej Brytanii umiem zapier_alać, a w Polsce to zawsze było czy się stoi czy się leży – gówno (za przeproszeniem) Ci się należy. Ale jest 500+ to może wrócę. Ale te podatki. I dziury na drogach. Ale powstał już pierwszy Primark to może wrócę. Mój facet chyba nie chce. W Polsce chyba musiałabym wrócić do pracy. W Wielkiej Brytanii dają darmowe kondomy. Nie korzystam, ale dają. I mam już tu mieszkanie, w prawdzie od tego klimatu pojawia się wszędzie grzyb, ale udaję że go nie widzę.
I udaję, że nie widzę, jak bardzo tęsknię za domem.

I ja tu czegoś nie rozumiem, nie wiem – może jestem za młoda, może nie dojrzałam i może myślę bardziej sercem niż rozumem, ale…
Jeżeli ryczysz za każdym razem gdy kończy Ci się holiday (zwany urlopem) do swojego flatu (zwanego mieszkaniem) do UK (zwanego Eldorado) – to za którym razem kapniesz się, że coś jest nie halo?

Boże, ten pieniądz, ten obsrany, śmierdzący, pełen bakterii papierowy świstek nakładający pętelkę na szyi człowieka (bo co jak go stracę?) – że też on ma taką siłę, taką władzę by wystraszyć kogoś przed normalnym życiem.

Co to jest do cholery normalne życie?

Zadawałam sobie te pytanie, gdy budziłam się rano, wyglądałam za okno i żałowałam że się obudziłam. Tak, to znaczy że jest problem. Gdy nie chciałam poznawać ludzi, zamknęłam się w sobie i nie umiałam odnaleźć. Gdy bałam się ile jeszcze tak wytrzymam i że chyba raczej nie wytrzymam. Tak, to znaczy że jest zajebisty problem. Gdy idziesz do lekarza i po 2 minutach owa persona pyta, czy zapisać Ci antydepresanty.
Szukając ich w podręczniku.
Houston, nie wiem czy się zorientowałeś i prawdopodobnie się powtarzam, ale mamy problem.

Mamy problem i co teraz?

Jak wyjść z więzienia?

Są  d w i e  o p c j e. Albo się weźmiesz w garść i zaczniesz żyć, czyli wychodzić do ludzi, rozwijać pasje i podróżować (nie mam tu na myśli podróży po sklepach i sztucznym pocieszaniu siebie). Albo w drugą stronę – stawiasz sprawę jasno. Skoro czujesz się jak złamany życiem członek, którego obojętnie jak będziesz nakręcać nie chce stanąć na wysokości zadania to czas poszukać czegoś co go pobudzi. Zmiany, czasami nawet tak odważnej jak rzucenie wszystkiego w pidziec. Z tego miejsca w którym jestem, a jestem w domu, spokojna, szczęśliwa to tej dawnej sobie i pełnego obaw mojemu partnerowi powiedziałabym: „człowieku, szkoda życia na wątpliwości”.
Albo po młodzieżowemu: „you only live once” czyli raz się żyje.

I jako nauczkę po sobie dopowiem również, że nie warto udawać że się żyje, bo prędzej czy później może się okazać, że w głębi duszy już dawno się umarło. True story. Pisze to dziewczyna, która będąc nieszczęśliwa, usilnie próbując i tuszując swoje uczucia, całkiem sporo przepłakała zanim zrozumiała że czas zbierać dupę w troki.

Teraz to tylko wspomnienie. Cieszę się, że dokonałam zmiany. Zmiany na wspomnienie i życiową nauczkę.

powrót do polski

I kurcze, żeby nie było że przywaliłam się do UK. Po prostu spory odsetek naszych rodaków tkwi w strachu. Boją się zmian, boją się powrotów, boją się w pewnym sensie „zaczynać wszystko od nowa”. Kurczę, a może czasem warto właśnie zacząć na nowo? Na nowo żyć?

I nie mówię też tu tylko o tym, by wracać do Polski – bo to może być zmiana pracy, w której nie jest się szczęśliwym, zmiana miasta, w którym się źle czuje, zmiana partnera, który za grosz nas nie szanuje, czy nawet zmiana włosów, które nas wkurwiają.

YOLO
Buziaki,
Angie


PS. Wpisy związane z powrotem z UK do Polski:

Jeżeli uważasz że słowa, emocje zawarte na tym blogu warte są przeczytania – będzie mi miło, jeżeli udostępnisz mój wpis. Być może trafi do potrzebującej duszy.

 

Dodaj komentarz