piłeś? nie pomagaj

Piłeś? Nie pomagaj!

Wbrew pozorom ludzie sobie pomagają. Jedni chętniej, drudzy mniej. Jedni zamykają oczy, drudzy biegną z otwartymi rękoma. Są też trzeci, tzw. alkoholowi bohaterzy, którym parę browarów na słońcu dodaje wiatru w skrzydła. Dzisiaj o tym hejty.

Osoby, które dokonały czegoś pod wpływem alkoholu mają wymówkę. Taką, że zrobiły to pod wpływem alkoholu. No bo przecież nie byli sobą. Przecież człowiek po paru głębszych funkcjonuje inaczej. A no funkcjonuje, albo i nie funkcjonuje wcale. Piątej klepce nawet najsilniejszy super glu nie pomoże. Fizyka z grawitacją też się nie rozumieją.

I nie że nie lubię alkoholu. Pewnie, nawet ja sobie grzdylnę. Na studiach myślałam, że moja krew zamieni się w pewnym momencie w wino, ale nie o tym mowa. Alkohol jest spoko, ale w granicach rozsądku.

Zatem skąd we mnie ta nagonka na napoje wysokoprocentowe?

W ostatnim wpisie odnośnie problemów kobiety z wózkiem pisałam m.in. o przyprawiających gęsią skórkę środkach komunikacji, o kłopotach ze schodami i takich tam. Napisałam ten wpis dlatego, że czasami się boję jak sobie poradzę. Pisząc – dodaję sobie otuchy.

Los mnie szybko przetestował, a ja przetestowałam los. (cierpię na syndrom krakania)

Ja, zepsuty autobus i bohaterski żul

Przed wyjściem z domu dodałam wpis, zapakowałam torbę, ogarnęłam siebie i brzdąca, zniosłam wózek z 4 piętra (nie jest to aż tak trudne w gruncie rzeczy) i poszłam na autobus. Ogólnie ostatnimi czasy żyłam dość wygodnie – wszędzie ktoś mnie woził. Jednak gdy wszyscy poszli do pracy, za oknem słońce a u mnie nadal trwa macierzyński – c0ś z tym trzeba zrobić. Wykorzystać i ruszyć tyłek.

No to ruszyłam na przystanek. Punkt docelowy (Ustka) znajdował się lekko ponad 20 km od miejsca w którym się aktualnie znajdowałam (Słupsk). Zatem niedaleko. Poza tym na następny dzień czekała mnie podróż samolotem we dwoje – ja i mój 2.5 miesieczniak. Autobus? Co to dla mnie.

podróż autobusem z małym dzieckiem
instagram.com/whysomom/

Może niektorych z Was to zdziwi, ale podróż środkami miejskimi potrafi wzbudzić lekki stres. No bo co jak będą schody, co jak się nie zmieszczę, co jak mnie nie wpuszczą (a i tak się zdarza).

Przejdźmy do meritum.

W pierwszą stronę wszystko cacy. Aż robiłam pod siebie z dumy, że tak pięknie to zniosłam, a Aleks dzielnie współpracował. Phi, po co tyle stresu, po co tyle strachu. Się nakręciła pierdoła się. Zarządziłam dietę od strachu i pojechałam delektować się cudnym dniem. Aż trzeba było wracać.

No to wsiadamy. Wszystko pięknie. Wprawdzie brak klimy, naprzeciw mnie jakieś podejrzane typy a zaraz obok urocza para pijanych. Jestem z tym co szanują każde istnienie, jednak nie chcąc nikogo obrażać, ale dla dobra opowieści jasno Wam przedstawię – parę pijanych stanowili nieco starsi ludzie, którzy śniadanie obiad i kolację zapijają Specjalem (piwo), które to najlepiej smakuje na słońcu i pod Lewiatanem.

Kumacie mniej więcej?

Ale to nic. Ja wracałam naładowana energią, witamina D aż mi nosem wychodziła, mały słodko spał i wystarczyło że dotrwamy do końca trasy.

komora maszyny losującej jest pusta następuje zwolnienie blokady

I nagle autobus jedzie bezwładnie, po czym kierowca hamuje. Ja jebe. Serio? Latami jeździłam tymi autobusami do liceum, na zakupy, do znajomych i serio? Właśnie teraz? Przy polu, przy wysokiej temperaturze, po całym dniu spacerowania, gdy ja i młody marzymy o kąpieli. Serio?

No i siedzimy. Bez klimy. Parę babek które śpieszą się na dworzec, jakieś parę dziadków, podejrzane typy i pijana para, która w takiej chwili ma najwiecej do powiedzenia. Super. 

Podchodzę do babeczki co sprzedaje bilety i próbuję zasięgnąć informacji, jak się sprawa ma. Za ile ruszymy, czy ktoś po nas przyjedzie. (bo myślę czy pedałować w tym słońcu na kolejny przystanek, stopa przecież nie złapię, a może po kogoś zadzwonić?) No i miła pani, która nawet nie raczyła na mnie spojrzeć, odburknęła że już powiadomili. Ale można wiedzieć ile to mniej więcej zajmie?  Chyba najwyraźniej średnio, bo babeczka nadal wpatrzona w telefon, gdzieś odbeknęła że już ktoś po nas jedzie, że z 10 minut. My Polacy średnio stoimy z uprzejmością. Albo naprawdę za mało nam płacą byśmy byli uprzejmi.

No to wyszłam na zewnątrz, bo w tej autobusowej puszce byśmy się podusili. Aleks też już zdążył się obudzić i czułam, że chce do domu. Chce być wykąpany, najedzony i iść spać.

Stoimy, czekamy, ja gdzieś na tej trawie uciekam przed dymem tytoniowym który leci prosto w naszą stronę od państwa Specjal. Po jakimś czasie w oddali widzę autobus. Nareszcie.

Podjeżdża. Kurr.. Zdecydowanie niskopodłogowy to on nie jest. W zasadzie to wysłali jakiś dalekobieżny. No nic, trzeba będzie sobie radzić. Zbliżam do środkowych drzwi i widzę solidne 5 schodów. Hm.. jak ja to… „DAWAJ PANI Z TYM WÓZKIEM” „no dawaj mje ten wózek” wykrzykuje pijany gościu. No to ja zawrotka i wracam się do drzwi u kierowcy, które… się zamykają. Wracam spowrotem.

Co tu robić, spoglądam na starszego pana, czy mogłabym prosić… I w tym momencie nietrzeźwy gościu wychyla się, chwyta wózek i ciągnie w swoją stronę, zachodząc jednocześnie drogę tamtemu panu. A schodki strome, miejsca na wózek brak, w wózku Aleks, którego nawet nie zdążyłam wyciągnąć, wózek znajduje się niemalże w poprzek. A ja patrzę psimi oczami na dziadka stojącego obok, który niestety nic nie może zrobić, bo „ten pijany” zablokował sobą przejście, a jak go złapie to jeszcze niedajboże się wywróci.

„Nie, nie, nie, ja nie chce” panikuje. Kierowca przybiega w momencie, gdy cudem udało się jakoś postawić wózek, a mi serce prawie wyleciało nosem. „Ja mogę pani ten wózek do bagażnika schować” Nie byłam w stanie nic mu odpowiedzieć. Emocje opadły, kilka łez popłynęło, młody też się zestresował. Usiedliśmy. Usiedliśmy i jechaliśmy tak wtuleni aż wysiedliśmy (tym razem pomógł nam kierowca).

Ta opowieść niesie ze sobą kilka morałów.

Po pierwsze primo ultimo. To był mój autobusowy debiut. Dopiero zaczynam grę w macierzyństwo, znajduję się na 2.5 miesiecznym levelu. Ponadto jestem młoda, dosyć naiwna i momentami zbyt miła. Ale. Każda sytuacja czegoś uczy, każda historia wzbogaca o nowe doświadczenie, a ja już wiem, że gdy następnym razem ktoś w sposób nachalny zechce mi pomóc, gdy ktoś po kilku głębszych dotknie mojego wózka, a tym samym narazi młodego na niebezpieczeństwo to strzelę w ryj. Tak solidnie. I nie że wybrzydzam wśród pomocy, ale takiej pomocy się brzydzę. I przy takiej stawiam na agresywność. Każda matka musi być czasem agresywna, jeżeli chce chronić swoje młode.

Po drugie primo ultimo. Nigdy nie wiesz, z czym się zmaga drugi człowiek. Co może być prawdziwą przeszkodą dla drugiej osoby i ile stresu może kosztować zwykła czynność życiowa, która dla kogoś nie jest taka prosta do wykonania. Dlatego. Schowaj nerwy, kwaśną minę, nie popędzaj. Widzisz, że ktoś się z czymś zmaga? Pomóż. Wyciągnij rękę, ale jeżeli…

Po trzecie primo ultimo.

Piłeś? Nie pomagaj!

Serio. Ja wiem, że pijani ludzie są heroiczni. Są odważni. Są silniejsi niż myślą, ale… nadal są pijani. I tym pijaństwem chcąc niechcąc mogą zrobić więcej szkody niż się spodziewają. A uwierzcie. Gdyby w tamtym momencie TFU TFU TFU coś by się ODPUKAĆ stało to gówno, ale to największe jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić (chyba słonie stawiają największe klocki) gówno by mnie obchodziło, co i ile ktoś wypił. I że nie chciał. Że niechcący. I żadne „ja tylko chciałem pomoc” by tej osobie nie pomogło podczas gdy ja bym jej ukręcała łeb.

Miejmy to na uwadze.

[ok, jeżeli leżałaby nieprzytomna osoba a w pobliżu znajdowałby się jedynie pijany ktoś, to jasne że w niektórych przypadkach każda pomoc się przyda, ale nie gdy wokół znajdują się trzeźwomyślący ludzie!]

No, to tyle ode mnie.

PS. Na następny dzień leciałam sama z młodym samolotem i daliśmy radę. Łatwo nie było, ale podołaliśmy. Dalej podróżujemy, dalej korzystamy z komunikacji miejskiej, lądowej i nie tylko. Bo podróżuje się fajnie. Bo są ludzie, którzy służą pomocną dłonią, a pomoc bywa na wagę złota. Piszę to, bo nie chciałam nikogo zrazić do podróży i pomocy – nie to miałam na celu. Bo i podróżować warto i korzystać z pomocy tymbardziej! Ja w tamtym momencie miałam po prostu pecha, a jak wiecie, takie sytuacje nie zdarzają się za często. I oby nie zdarzały się wcale!

Buziaki, Angie.

 

Dodaj komentarz