zdjęcie noworodka na porodówce

Pierwsze chwile po porodzie

W szpitalu jest super. Noszą Cię na rękach, całują po stopach i masują plecy. A nie, chwila, coś mi się pomieszało. To Ty nosisz na rękach, całujesz po stopach i masujesz po plecach, chcąc usłyszeć beknięcie. Jak wyglądają pierwsze chwile po porodzie? Czas się przywitać z nowym towarzyszem!

Pierwsze chwile z dzieckiem

Gdy Aleks przyszedł na świat to ja spałam. Mówi się że człowiek przesypia znaczną część swojego życia. Mnie jak widać przyszło przespać dość istotny moment (uśpiona pod narkozą). Gdy na następny dzień pozwolono mi na przejażdżkę z intensywnej do oddziału dla wcześniaków – to Aleks spał. Cóż, co w rodzinie…

Obyło się bez pierwszego płaczu dziecka, fanfarów i nadmiernej słodyczy. Pielęgniarki coś do mnie mówiły, ale byłam zbyt wyłączona. Wbiłam wzrok w małego człowieczka, którego dali mi do rąk i… właściwie nie wiem jak to opisać.

Mały człowieczek miał mój zadarty nosek i śmieszną bródkę po tacie (całą ciążę zakładaliśmy że tak będzie). Cichutko leżał opatulony w kocyk. Nie do wiary, że przez ostatnie 8 miesięcy ukrywał się gdzieś w alejce moich organów. Rósł, kopał i urządzał wewnątrz-organowe imprezy. Nie do wiary, że ten mały człowieczek właśnie został moim synem, a ja… jego mamą.

Trudno było mi uwierzyć w to wszystko co się wydarzyło. W tę całą ciążę, w ten poród. Czas stanął w miejscu a ja wraz z nim. I że niby ja mam teraz tworzyć prawdziwą rodzinę?

zdjęcie po porodzie

Pierwsza noc z dzieckiem na porodówce

Dobra, ale przejdźmy do perełki – mianowicie do pierwszej wspólnej nocy po cesarskim cięciu. Odniosę się do cesarki, gdyż nie mam doświadczenia z porodem naturalnym.

Cesarskie cięcie jest o normalna operacja. Jak na operację przystało – jest się znieczulonym. A potem dochodzi się do siebie. Z tym że w przypadku porodu mimo wszystko trzeba wziąć się w garść, zacisnąć zęby (tak aby ich nie połamać, chociaż w Szkocji dla ciężarnych i pociężarnych jets darmowy dentysta, już wiem po co) i zaopiekować się swoim dzieckiem. A to nie lada wyczyn, gdy tu Cię boli, tam Cię coś ciągnie i ogólnie organizm domaga się wypoczynku.

A ktoś inny domaga się nakarmienia, przewinienia i… miłości.

zdjęcie noworodka na porodówce
miłosna pijawka

Dawać mi dziecko

Gdy już sytuacja się unormowała, ja za wszelką cenę chciałam mieć już małego przy sobie. Położne mówiły, że jak wszystko będzie ok, będzie dobrze oddychał i blablabla, to o 17 będziemy razem. Tutaj miałam w głowie: „dobra skończ pitolić, dawaj mi go już!”, „wszystko będzie dobrze jak on będzie ze mną!” No to dali, no to zaczynamy zabawę w mamę.

selfie z noworodkiem

Nasza pierwsza wspólna noc

Trzymałam małego na rączkach. Było około 4 w nocy, pora karmienia. W końcu udało mi się dobrze chwycić butelkę i mały chciał jeść. O tej porze szpitalna cisza jest najmniej przyjemna. Zwłaszcza jeżeli jesteś początkującą mamą. Taką która nie wiadomo jakim cudem objęła dosyć poważne stanowisko bez konkretnego doświadczenia (w moim przypadku totalny brak zdolności okołonoworodkowo-dzieciowych).

Na sali znajdują się łącznie 4 kobiety i ich maleństwa, oddzielone kotarami (tak jakby pokoiki). U każdej na nocnej szafce bukiet kwiatów, parę kartek z gratulacjami od bliskich i balony. Przy każdym łóżku pilot z guzikiem alarmowym do położnych. Wyglądamy dosyć… śmiesznie. Poruszamy się w trybie ultra slow motion, w zależności od przeszłego porodu. Zamiast nóg mamy dorodne kiełbaski powstałe w wyniku opuchnięcia.

wygląd sali na porodówce w UK

I obok nas w malutkim łóżeczku malutka fasolka. Doglądamy jak tam się czuje, opatulamy w kocyk, zaglądamy do pieluchy, a w głębi serca modlimy się o brak płaczu. Tylko nie płacz. Nie płacz bo ja będę płakać.

na porodówce

Ja trochę popłakałam. Nie ze strachu, ogarnęła mnie frustracja że chcę, a mi nie wychodzi. Że jeszcze nie umiem, że nawet jak próbuję, to ogranicza mnie ból. Że nie mogę poruszać się w pełni sił. Że nie dosięgam do pilota aby wezwać położną, bo nie potrafię nakarmić małego. Że ona w końcu przychodzi i mówi: „dziwne, ze mną zjadł tyle i tyle”. Bolało, bo ze mną tyle nie zjadł.

(okazało się że źle podawałam dziubek od buteleczki)

Na początku czułam złość do położnych, że tak mało się interesują. Przychodzą… ale powinny więcej. Przecież to pierwsza noc, ta najgorsza. I pewnie każda z kobiet, która ma umówione spotkanie z jednodniowym delikwentem w godzinach nocnych myśli w podobny sposób (tak mniej więcej zakładam).

Jednak teraz, po jakimś czasie, zrozumiałam schemat ich postępowania. Nie prztykały się, po prostu zależało im by wymusić w kobiecie (w może nieco drastyczny sposób) pewne działania. Pokazać że nie będzie łatwo, ale będzie lepiej. Załapiesz. Oboje załapiecie.

A to pamiątkowe zdjęcie w kwiecie moich sił:

pierwsza noc na porodówce
bardzo wyspana i w ogóle niezmęczona JA

Kolejne noce na porodówce

Kolejne noce wypadały lepiej. Z dnia na dzień czułam, że mogę więcej. Z dnia na dzień cieszyłam się że mogę więcej i umiem więcej. Podpatrywałam inne mamuśki, zaczytywałam fora (nie obyło się bez google i tutoriali, no dobra… tutoriale to przeglądał Marcin) i zasypywałam pytaniami położne. I salowe. I wszystkie osobniki z narządami rozrodczymi.

Nocy tych spędziłam 4, dni 5. Było ciężko, bo potrzebowałam bliskości i wsparcia, a Marcin nie mógł ze mną zostawać. Godzina policyjna zaczynała się o godz. 21, co i tak łamaliśmy.

I wiecie, to nie jest tak że przechodzi się tam załamanie. Jest to po prostu nowa sytuacja. Kobiety, które tam widziałam były najszczęśliwszymi istotami na świecie. Tyle miłości od nich biło w kierunku maleńkiego człowieczka trzymanego na rękach. Tyle dumy w oczach ojców, babć i znajomych.

Tuż za tym faktycznie kryje się zmęczenie, no bo jednak przeszło się operacje. Mnóstwo emocji, nowa sytuacja. W nocy słyszałam pochlipywanie innej mamuśki, nie dziecka. Pomyślałam sobie: „Boże, to zupełnie tak jak ja pierwszej nocy”.

Starałam się być twarda, dawałam z siebie wszystko, ale na widok płaczu dziecka pękałam. Teraz wiem, że to normalne że niemowle zapłacze, gdy jest przebierane, bo to nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Fajniej się je i przytula.

No dobra, nadal średnio sobie radzę, gdy widzę grymas smutku na twarzy Aleksa. Marcin tylko powtarza, że w przyszłości mały owinie sobie mnie wokół palca jak w ten sposób będę reagowała na każde kwiknięcie. Zdecydowanie muszę nad tym popracować.

Wszystko stopniowo, baby steps.

Ile kobiet, tyle porodów i związanych z tym historii. Piękniejszych, trudniejszych, niesamowitych, w przeróżnych okolicznościach. Wszystkie jednak chcemy tego samego – zdrowia dla dziecka i siły dla nas, chcemy dać radę i uodpornić się na wirusa presji. A więc.

Nie tyraj się. Nie stawiaj sobie poprzeczki niewiadomo jak wysoko. Próbuj i daj się sobie pomylić (ale tak by nie trafić na pierwsze strony gazet). Zapłacz. Poproś o pomoc. Chcesz wody a nie masz siły wstać? Powiedz to. Chyba że masz taki wyraz japy jak ja, który oddaje wszystkie emocje. Wtedy dorzucą Ci też śniadanie pod nos.

Ciesz się z drobnych postępów. Obserwuj, ale słuchaj też swojego serca. Popatrz na swoje dziecko, oddychaj.

Dopóki się starasz uwierz, że jesteś dobrą matką. Jesteś dobrą kobietą. Nie zapominaj o tym ani przez chwilę.

7 myśli na temat “Pierwsze chwile po porodzie

  1. Gratuluję. Ciekawy wpis, ja 5 tygodni temu urodziłam synka, ale naturalnie, drugiego i w Polsce ze wspaniałą położną, odczucia i przeżycia mam inne. Przy drugim jest już po prostu łatwiej, do momentu powrotu do domu, gdzie czeka starszak ;))

  2. Choć jestem facetem, a do jakiegokolwiek „tacierzyństwa” mi dalej niż bliżej, pochłaniam Twoje posty z ogromną przyjemnością i swego rodzaju ekscytacją. Próbuję sobie wyobrazić jakie emocje musiały Tobą targać w danych sytuacjach. Szczerze podziwiam.

    1. Bardzo miło mi to czytać. Prawda, emocje były ogromne. To co się działo w mojej głowie ciężko momentami opisać. Zabawnie to zabrzmi, ale pomógł mi ten poród w zagranicznym szpitalu – czyt. w Szkocji. Mój angielski jest dość zaawansowany, ale nie na tyle by wszystko w jednej sekundzie zrozumieć, zwłaszcza język medyczny. Stąd jedna półkula szalała, a druga była tłumaczem. Chociaż w jakimś stopniu musiałam się skupić na czymś innym niż stres – zrozumienie.

  3. Mnie wkrótce czeka drugi poród i jestem tym faktem przerażona, bo pierwszy do łatwych nie należał, ale przecież trzeba urodzić. Pamiętam swoją pierwszą noc z Karolinką. Miałam ogromny problem z karmieniem piersią, a położne zamiast proponować pomoc to proponowały butelkę. Dla mnie to było strasze, bo zawsze chciałam karmić piersią, niestety skończyło się KPI czyli odciąganiem pokarmu przez 1,5 roku, a tylko dlatego, że żaden lekarz w szpitalu nie zauważył tego, że moje problemy spowodowane są przez krótkie wędzidełko podjęzykowe dziecka i ono zwyczajnie nie potrafi złapać piersi tak jak powinno. Podcięliśmy je prywatnie w 10 dobie życia małej, ale nie udało się uratować karmienia bezpośrednio z piersi. Mała przyzwyczaiła się już do butelki.

    1. No ja też odciągam mleko i w szpitalu napomknęli że istnieje szansa aby podciąć to więzidełko. Przy piersi też potrafi, tylko u mnie to chyba kwestia niewystarczającej ilości mleka (albo sama tak sobie wkręciłam). Dostrzegam jednak inne pozytywy – dziecko potrafi pić z butelki (z czym niektórzy rodzice mają problem, gdy potem chcą odejść od KP) oraz że dziecko „nie wisi” na piersi. A mleko nadal otrzymuje – odciągane, które można zachować na potem i się jest bardziej elastycznymczasowo. Ale fakt, bliskość z dzieckiem jest istotna, stąd raz dziennie i tak go przykładam. Aby poczuł mamusię. 😉
      Trzymam kciuki za drugi poród. Kobiety dzielne są! Ponoć kolejne porody są lżejsze, zatem szybkiego rozwiązania kochana. :*

Dodaj komentarz